6x800 m po 4:05 min/km w przerwach na 550 m, plus 2 km rozgrzewki. Nawierzchnia nie rozpieszczała. Na wirażach śnieg z butów przeistoczył się w lód i przyczepność była wątpliwej jakości. Można wręcz powiedzieć, że momentami rozpaczliwie machałem wszystkimi kończynami w poszukiwaniu odrobiny stabilności i mocy odbicia potrzebnej do utrzymania tempa.
Godzina piętnaście treningu z Arturem. Właśnie zaczęliśmy wchodzić w siłę. Z tygodnia na tydzień będziemy jeździć na coraz większych obciążeniach przy coraz mniejszej kadencji. Nie martwi mnie to zbytnio. Właściwie, to na to czekałem, bo moje uda są jednym z najbardziej zaniedbanych zespołów mięśniowych. Przyda się też do biegania na wyższych prędkościach. Jak co tydzień: zapis treningu.
6:00. Z głośnika telefonu sączy się nastrojowe The Prodigy - Invaders Must Die. "Och jakże pięknie zaczyna się ten dzień" pomyślałem. Chwilę później wybiegłem roześmiany z domu. Wsiadając do mojego rydwanu ciągniętego przez 120 koni myślałem już jeno o zatopieniu mego ciała w cudownej Eau de chlor. Z letargu wyrwał mnie gorący prysznic na Olimpii. Jesteś spóźniony. 200 rozpływania, kilka 50-tek, potem 2x250m nogi w płetwach i spokojny kraul w płetwach na rozpływanie wszystkiego razem mniej niż kilometr.
Wieczorem biegaliśmy dużą paką po Malcie. Adam jak zwykle nadawał ton konwersacji, żeby nie schodziła w stronę treningowych prawd objawionych. Pierwszy raz biegaliśmy rytmy. Dochodziliśmy do max 4:40 min/km, czyli szału nie było bo każde przyspieszenie trwało 20 sekund.
Udało się dojechać w końcu na basen. Termy maltańskie, to ostatnio moja ulubiona miejscówka do treningów.
Ten dzień musiał kiedyś nadejść, ale nie spodziewałem się, że to nastąpi tak szybko. Miałem nadzieję, że będę w stanie zrobić to do końca maja, a tu taka niespodzianka. Jest koniec stycznia, a udało mi się pokonać 1900m. Kraulem. Bez zatrzymywania się. bez płetw. bez pianki. Bez pieluchy. Niestety także bez stylu, ale się udało. Dobremu pływakowi może się to wydawać banalnym dystansem, ale dla mnie to jest wielkie osiągnięcie, bo udało mi się prepłynąć dystans połówki ironmana i to cholernym kraulem. Po dystansie zrobiłem przerwę na plecach i żabą, potem jeszcze trochę nóg w płetwach i techniki na wyciągnięciu. Razem około 2,5km. To był dobry dzień.
Miał być trening, a było wszystko tylko nie trening. Po telepaniu się o północy do leszna i rozmowach z Diabłem do 3 w nocy nie dało się wstać o 7 na basen w Lesznie. Jak już się wygrzebaliśmy, to przyjechała cała banda na zawody i już wiedziałem, że poza bieganiem slalomu z mokrą paralotnią nad głową jedynym treningiem będzie noszenie skrzynki piwa :) Są jednak czasem takie okazje w życiu, które zmuszają człowieka do zrobienia drugiego dnia przerwy w treningu w tygoniu. 30 urodziny to jedna z nich.
Pływalnia. Żabka has gone. Postanowiłem przestać katować kolana (i tak nieźle im się dostaje w biegu i na rowerze) i pierwszy raz zrobiłem rozpływanie kraulem. Dla odmiany całkiem przyjemny trening. 200 rozpływania 25-metrowymi odcinkami parę 50m potem 100m, 200m i 300m. Na koniec dobitka z płetwami. Luźno ale z uwagą na technikę. Razem około 1200m. Bieganie jak zwykle na "wodnej zdzirce". Tym razem 8km po 5:10min/km, ale zrobione po 5:04min/km, bo ciężko było trafić z tempem. Nie chodzi o podbiegi, tylko o to, że momentami odnosiłem wrażenie, że jestem uczestnikiem programu "Zwykli Ludzie Tańczą Na Lodzie, Tylko Że w Butach Biegowych" w skrócie ZLTNLTŻBB.
Fasolki. Tak, tak. Już nie same piłki. Dużo równowagi połączonej z siłowymi powtórzeniami. Trening całkiem ciekawy i przyjemny. Fasolka to taka piłka o kształcie walca z zaokrąglonymi końcówkami. Ruchów na boki niemal nie trzeba kontrolować, za to na osi przód tył każdy ruch pociąga ze sobą natychmiastową reakcję. Stanie na niej i kozłowanie dwóch piłek koszykowych wymaga skupienia i stalowych mięśni albo gumowej potylicy ;)
Bieganie od rana. 4x1200m po 4:10. Poszło dobrze. Mocno, ale bez zbędnych nadwymiarowych obciążeń. Co ciekawe razem z rozgrzewką wyszło prawie 12km. Wieczorem dostaliśmy rozpiskę nowych planów treningowych. Dojdzie trochę biegania i jeden rower stacjonarny z Jarkiem. Minimum 8h treningu - w tygodniu przed wyjazdem do Toskanii. Maksymalne obciążenie to 14h. Muszę szybko znaleźć sobie rower szosowy.
Wieczorem 1,5h treningu pływackiego. Robiliśmy dużo siły z techniką pociągnięcia ręki. Sporo pływania na dużych obrotach. Dodatkowo pierwsze 45 min w takim tłumie, że nie dało się realizować całych zadań. Nie podobał mi się ten trening. Głównie dlatego, bo czułem, że straciłem tę lekkość i ekonomikę pływania z niedzieli. Jędrzej był zadowolony i mówił, że dobrze "oraliśmy" wodę. Niestety mi to nie podchodzi - za dużo mam jeszcze błędów w stylu, żeby skupiać się na sile.
Rower z Arturem. Podjazdy coraz dłuższe. Kończyły się na stojąco, ale na niskiej kadencji. Dla mnie to takie bieganie z plecakiem - mogę tak długo. Najbardziej męczące okazało się wstawanie w tempie. Na lewą nogę (słabszą i mniej sprawną ruchowo) 6 ruchów w górze i 2 na siedząco. Mimo usilnych starań nie udało mi się pojechać go w taki sposób, żeby był określony jako highly improving. Tutaj jak zwykle zapis treningu.
Luz przez duże Ly.
Rower po pępkowym u Balona. 4h snu a potem 3h miazgi po lesie z kolarzami, po śniegu, błocie, piachu i lodzie. Jedna gleba przez kierownicę przy przeskakiwaniu powalonego drzewa. Parę przymiarek do wprasowania się w drzewo na zakręcie przy stromym zjeździe. Pół okrążenia na laczku, bo wentyl postanowił się przestać domykać (jedno solidne przywalenie z pompki "polska metoda naprawcza" i po kłopocie). Tempo jak dla mnie kosmiczne. Mocny trening.
Wieczorem basen z Majasem, bo na bieganie nie miałem już siły. Prawie 2h pływania. 200 rozgrzewki ze dwie 50 kraulem, a potem 4x100 z długimi przerwami na gadanie. W końcu strzeliliśmy 200m, a chwilę potem dołożyliśmy jeszcze 100. Po krótkiej przerwie serwisowej zaproponowałem 300. Młodego bolały ramiona więc wbił się w płetwy i ruszyliśmy. Płynęło mi się tak dobrze, że po 300 stwierdziłem, że dodam jeszczę setkę, a potem dorzuciłem kolejną. To mały krok dla ludzkości, ale wielki dla mnie. Po raz pierwszy przepłynąłem pół kilometra kraulem bez przerw. Cieszyłem się tym bardziej, bo czułem, że mogłem płynąć dalej. Jest jeszcze strasznie dużo do zrobienia, ale to 500m jest dowodem opanowania podstaw ekonomiki pływania kraulem.
Wstałem. To już coś. Dojechałem i nawet się nie spóźniłem - to już całkiem dobrze. Na biegu nie skręciłem sobie kostki - wspaniale. Tempo jak zwykle plażowe, co bardzo mi odpowiada, bo akcenty aplikuję sobie sam w odpowiedniej ilości i jakości. Teraz pozostało już "tylko" przetrwać igraszki ze sztangą. Na szczęście nasz uroczy terminator postanowił tym razem zostawić w spokoju nasze mięśnie pośladkowe. Dostało się za to udom. Przy barkach i plecach miałem już niewielką ochotę zemdleć, ale jednak się nie zdecydowałem. Godzinę po treningu siłowym jak zwykle wyłącza mi prąd. Dobranoc.
Rest day.
Tyle, że rest day zaczyna się od 9, więc do 8:50 można spędzić czas na basenie i bieganiu. W wodzie 1350m. 200 rozpływania klasykiem, 4x100 kraulem, 8x50 kraulem na luzie z nawrotami koziołkowymi i reszta klaunem w płetwach bez przerw. Szybki przepak i na bieganie. Zabawne jak powoli rozkręca się mechanizm po pływaniu. Biegnę 2k rozgrzewki sapiąc jak lokomotywa i kwicząc z wysiłku - zerknięcie na zegarek, a tam ledwo 5:40 min/km. Takie momenty rozbrajają. Do końca rozgrzewki udało mi się zmniejszyć sapanie jednocześnie mozolnie dochodząc do 5:05 min/km. Teraz czekało mnie 5k po 4:55 min/km. Ciężko było trzymać mocne tempo. Na podbiegach zatykałem się do 176 BPM ale udawało się nie zwalniać. Na ostatnich 2 kilometrach nadal nie było luźno, ale czułem, że mógłbym trzymać 4:30 min/km bez wypluwania płuc. Na deser widok wstającego słońca przepalającego się przez trzciny na tle czarnych chmur.
Piłki. Skakanie z jednej na drugą i jeszcze bardziej karkołomna figura - wskakiwanie na piłkę, którą się ma za plecami, ale nie do tyłu, tylko z obrotem. Blanik byłby z nas dumny.
Dzisiejszy trening skończył się koło pierwszej w nocy, ale od początku. Przestawiłem sobie tryb dnia i nocy i jakoś nie mogę się dobudzić. Szczególnie po mocniejszym treningu dnia poprzedniego, jakim jest rower z Arturem. Takoż stało się i tego dnia. Nie udało mi się więc zrobić treningu biegowego rano. Na basenie byłem nawet wcześniej. Pierwsze 45 min pływaliśmy w płetwach i z pieluchą, a potem bez sprzętu. Wyszło tego jakieś 900m, z czego duża część w nogach. Pływanie w nogach w odróżnieniu od pływania na samych nogach jest łatwiejsze, bo w wodzie także występuje zjawisko draftingu i mimo, że wydaje Ci się, że płyniesz w czyimś odrzucie i spowalnia Cię to, to jednak opływająca zawodnika woda jest poruszana w dobrym kierunku i rekompensuje z nawiązką zwiększone opory w odrzucie. Po rozpływaniu mieliśmy kolejne 45 z kolarzami i poza zwykłym pływaniem nie mogło zabraknąć głupkowatych zadań, które co trening spływają na nas jak plagi egipskie. Tym razem pływaliśmy w parach jeden za drugim. Pierwszy był rękoma do kraula, drugi trzymał pierwszego za nogi i napędzał parę swoimi nogami. Ubaw po pachy, zwłaszcza że wziąłem spory oddech pod wodą, co nie należy do moich ulubionych czynności. Potem było śmieszniej - jedna osoba robiła ręce, a dwie nogi. Każdy trzymał delikwenta wiosłującego za przydziałową jedną nogę. Na koniec dostaliśmy fajne zadanie, czyli 400m w płetwach z wygrzebaniem się na rękach na krawędź basenu przy każdym nawrocie. Razem przez 1,5h zrobiliśmy koło 1900m.
Nieco znużony wróciłem do domu, zjadłem coś, odpocząłem pół godziny i przed północą poszedłem biegać tempówki (sic!). Ponownie 8x400m, bo w poprzednim tygodniu bieganie było w kratkę. Przy 3:55 min/km czołówka była wszędzie, tylko nie na moim czole. Najczęściej miałem ją na oczach. Mimo wszystko stadion z tartanem otwarty w nocy to coś wspaniałego. W tym miejscu chciałbym podziękować Towarzystwu Sportowemu Olimpia :)
Dość mocny trening na rowerze stacjonarnym. Gdybym rzucił koszulką zdjętą po zajęciach mogło by się skończyć na poważnym naruszeniu konstrukcji budynku. Zapis treningu
Witam państwa z naszego studia triathlonowego. Za chwilę rozegra się tutaj prawdziwa walka. Jest 6 rano. Jazgot. Zegarek wydaje z siebie straszliwe dźwięki. Zawodnik szybkim, wyćwiczonym ruchem ręki zamiast drzemki wyłącza całkowicie alarm. To wszystko na dzisiaj. Zapraszamy na kolejną relację z arcytrudnego treningu zawodników do ironmana.
Niedziela 7 rano. Wszyscy smacznie śpią, tylko my spotykamy sie przed termami. Jest czad. Pierwszy raz w życiu większość z nas będzie pływała na 50 metrowym basenie. Sam obiekt robi niesamowite wrażenie. Rozpływanie, trochę techniki i w końcu dostajemy 300m kraulem. Na tym basenie to oznacza tylko 5 nawrotów. 300 pęka bez dużego zmęczenia. Pierwszy raz bez płetw i innych ułatwień. Cieszę się jak dzieciak. Półtora roku treningów z instruktorami, ciągła frustracja spowodowana brakiem widocznych postępów i w końcu coś zaczyna się ruszać. Naprawdę nie znam bardziej niewdzięcznej dyscypliny sportowej niż pływanie. Tylko tutaj przewaga techniki nad siłą jest tak miażdżąca.
Po basenie zakładka biegowa 3/4 kółka nad Maltą i z Baśką i Maciejem odrywamy się od grupy na dłuższe wybieganie. Prowadzę przez moje stare kąty. Przez las wąskimi ścieżkami, o których istnieniu wie niewielu. Jest świetnie. Kiedy dobiegamy do term licznik wskazuje ponad 14 km, które spokojnym tempem około granicy tlenowej pokonujemy w 1h40". Sprawdzamy jeszcze co kto pije po treningu (straszne świństwa), ja dzielę się gumisiami i wszyscy jadą w swoją stronę. W domu czeka kolejna miła niespodzianka - Justa kapusta w przepięknym stylu wygrywa Tour De Ski. Wracam do książek przechodząc koło moich smutnych nart biegowych. Kiedyś musi spaść ten cholerny śnieg.
Poranny pump. Strasznie się wstawało po wczorajszych imieninach Arlety. Na dodatek chcieli, żebym jeszcze został dłużej, więc jestem niewyspany i mam kilku nowych wrogów. Oliwia po raz kolejny zrobiła nam z dupy późną jesień średniowiecza. Skąd ta szczupła dziewczyna bierze tyle siły???
Dwa słowa do ojca prowadzącego. Rest day. No, ładnie nam się tu pan przedstawił przed milionami słuchaczy.
Zrobiliśmy sobie z Radziem "misiowy czwartek" czyli 1,5 godziny pływania na Batorego. Nie wiem, czy to progres, ale postanowiłem kontynuować moje testy z pieluchą (pull buoy) i pocisnąłem kraulem cały kilometr bez zatrzymywania się. Jeśli pianka triathlonowa w podobnym stopniu poprawia wyporność nóg, to jestem w domu i z pływania wyjdę wypoczęty. Zapisałem się do konkursu na bieganie.pl Jak wygram to pojadę na tydzień przed Suszem do Austrii na Ironmana w Klagenfurcie ;D ROTFL
Co za niefart - odbiłem sobie piętę na piłkach. Z biegania nici przez kilka następnych dni. Poza tym sam trening dość mocny jak na relaks. Krzesło 45/15 z ćwiczeniem głębokich mięśni brzucha w podporze do pompek robi swoje.
Bieganie. Nazwijmy je poranne, ale z rankiem niewiele to miało wspólnego z racji nadrabiania niedoborów snu. Zaczynam plan first od początku. Nie mogło zatem zabraknąć 8x400m po 3:45 min/km. Strasznie się zasapałem, bo część biegłem po 3:30 min/km. Na tartanie spotkałem Kaczego, który mnie nie poznał. Chyba za mało biegam z naszym klubem POZRUNIACY. Wieczorem 1,5 godziny na basenie z czego 15 min nóg. Po 20 metrach staję i mogę sobie kopać ile chcę i nadal się nie poruszam. Dziwne. Dużo płetw i pracy na pełnym wyciągnięciu, które mnie męczy. Adamowi jakiś fiut ukradł okularki, które zostawił na chwilę przy szafce.
Dupa boli tylko nieznacznie mniej, natomiast samo odczucie jest takie, jakby siodełko zamieniło się w ślizgawkę. Koszulka jednak trochę za duża, więc będzie wymiana. Sam trening to nowość 3 podjazdy na progu z tempówkami na stojąco do progu beztlenowego. Nie było źle, mimo, że to podobno najcięższy trening do tej pory. Zapis treningu
Basen 6:30 rano. Swój własny tor nie zdarza się co dzień. Fajnie i jakoś tak luźniej. po rozpływaniu i paru setkach pełnym paralitycznym stylem z tradycyjną przerwą na sapanie wkurzyłem się i poszedłem po pieluchę. Wepchnąłem ją między nogi i poprzysiągłem sobie nie ruszyć palcem u nogi. Okazało się, że 300m klaunem bez nóg, nie sprawia większych problemów. Na więcej nie starczyło czasu. Kolejne testy niebawem.
Wieczorkiem miało być spokojne wybieganie w tlenie nad Maltą, ale się spóźniłem i goniąc ekipę zrobiłem 2km po 4:30 min/km zanim ich dopadłem. Zobaczymy jak jutro będzie na rowerze. Nowe ciuchy czekają na test. Mam szczerą nadzieję, że dupa będzie mnie mniej bolała.
18km po 5:46. Tak miało być i tak było. Bez piekącego długu tlenowego. Ze spokojnym tętnem. Bez fajerwerków, bólu i walki. Spokojnie. Przez błoto i kałuże. W padającym deszczu i przejmującym chłodzie. Chłodzie którego już nie czułem i deszczu, który mnie nie obchodził.
Mogę z całą stanowczością stwierdzić, że w sylwestra robię... triceps i klatę. Zabawnie jest patrzeć jak twoi trenerzy razem z tobą nie dają rady na aerobiku ze sztangami mając mniejsze obciążenie niż prowadząca dziewczyna. Załamałem się swoją siłą i śmiałem w głos kiedy kilkakrotnie musiałem odpocząć w środku serii zwykłych ćwiczeń. Jest jeszcze wiele do zrobienia. Przed zajęciami pobiegliśmy jeszcze pod 10km w bardzo spokojnym tempie średnio po 6:11. Jadę do dziadka, bo coś nam ostatnio mocno osłabł. Potem już tylko:
Dzisiaj dopadło mnie kilka przemyśleń. Pierwsze w łóżku o 6:15 rano kiedy walczyłem ze sobą, żeby wstać na kolejny trening pływacki. Triathlon to sport dla ludzi nie o żelaznych mięśniach. To dyscyplina dla ludzi o żelaznej woli. Woli codziennej walki z normalnym ludzkim lenistwem. Prawdziwa siła, to nie mocny finisz na granicy swoich możliwości, tylko wstawanie o świcie przez rok. Dzień w dzień, żeby zdążyć zrobić trening przed pracą i żeby można ją było na tyle wcześnie skończyć, żeby zdążyć na wieczorny. Kolejne przemyślenie jest takie, że nadal pływam kraulem jak paralitą i nadal szybko się nim męczę. To popchnęło mnie do przeprowadzenia małego testu. Popłynąłem 200m klasykiem na sporym luzie i wyszło 4:15 to oznacza, że utrzymując to tempo 1900m mógłbym zrobić w 50 minut. To świetny wynik, zwłaszcza, że z wody wyszedłbym dość wypoczęty. No i po co mam się tak męczyć i topić trenując tego cholernego kraula??? Po basenie szybka zmiana ciuchów i na bieganie. Tylko 5km ale z przepisowego 4:55 min/km wyszło 4:36 min/km z mozolnym rozkręcaniem się i ostatnim kilometrze jak na turbodoładowaniu po 4:00 min/km. Jest moc.
Rest day. Mogłem w spokoju dokończyć Paradyzję Zajdla, a potem pomęczyć białą gorączkę Hugo-Badera. Wieczorem piłki. Było jak zwykle całkiem zabawnie, chociaż nigdy jeszcze nie dostałem tyle razy na zajęciach piłką w twarz. Na koniec treningu wróciło krzesełko. Ciężko było, mimo, że tylko 3x45/15sek. Mięśnie szybko się rozleniwiają. Mamy też nowego członka klanu - Anię. Zaczynam się też bać treningu ze sztangami, wszyscy zgodnie twierdzą, że to wyższy stopień cierpienia.
Tempówki 1600m są jedną z tych rzeczy, które zadziwiająco łatwo ulegają mitologizacji. Nic dziwnego. Dzisiaj poszło pierwsze 3x1600m w tym okresie przygotowawczym. Zło. Czyste zło. Dzisiaj stwierdziłem też, że pracuję jak koń, a fałda trzyma się doskonale. Nie dostała nawet lekkiej czkawki i nadal dumnie zalega na brzuchu. Muszę trochę regularniej jeść i używać szerszej gamy produktów.
Ale wracając do treningu. Dzisiaj wieczorem najpierw krótki sparing z panem na recepcji, który nie chciał nas wpuścić na basen, bo on ma tak w grafiku i koniec. Apteka. Potem 40 min pływania dziwnych kombinacji klasyko-kraulem i pełnym stylem. Wreszcie chłopaki weszli do wody i trochę nas poustawiali, ale nadal czuję, że muszę sporo popracować nad luzem przy wyleżeniu i wyciągnięciu i pociągnięciu. Cały czas się spinam i marnuję tak mnóstwo energii. Zamiast pływać cały czas jeszcze walczę. Potem doszli nasi rowerowcy, trochę się rozpływaliśmy razem, zrobiliśmy parę ćwiczeń na nogi, po czym zostaliśmy podzieleni na 2 grupy po 5 osób i zaczęliśmy mecz piłki wodnej. Ubaw po pachy, tylko strasznie to męczące. Dzięki naszemu super zgraniu, doskonałemu bramkarzowi oraz świetnym podaniom, które pozwoliły nam strzelić kilka bramek odnieśliśmy historyczne zwycięstwo. Zgonu po grze nie da się porównać z niczym.
Padł pomysł, żeby kopnąć się z Radkiem na basen. Pomysł wypadł pomyślnie :) 2h basenu. Rozpływanie i 1000 m setkami kraula z przerwami na sapanie, potem jeszcze 100 i 200 w płetwach na wyleżenie i ułożenie, rozpływanie, a na deser masaż biczami wodnymi i parę zjazdów w rurze. Wieczorem spinning. Artur jak się okazało ma popsute plecy ale trening był poprowadzony bezbłędnie. Plan ten sam co tydzień wcześniej, tylko tym razem na podjeździe tętno było już na progu, a przy jeździe na stojąco do 10 bpm nad progiem. Widać progres - w życiu nie zrobiłem takiej plamy pod rowerem ;) Zapis treningu
11 km tempa po 5:10. Tak było do 7 km, kiedy to podbiegł do mnie niejaki Rajmund, którego pierwszy raz widziałem na oczy i zapytał się ile teraz biegniemy, że było z górki, to było w granicach 4:45. Tak się zagadaliśmy, że momentami lecieliśmy po 4:36. Całość wyszła po 4:58. Przypomina mi się opowieść Jarka o pływaniu, kiedy po treningu miał iść do domu, a zostawał i dalej trenował, co przyuważył jego trener. "Następnym razem przyczep sobie jeszcze wiaderko".
Rower. Miało być 3 godziny w tlenie z cyklistami z akademii, ale pół godziny przed wyjściem zacząłem coś przeczuwać. Po krótkim dochodzeniu wszystko stało się jasne. Ciuchy z wczoraj jednak same się nie wyprały. Leżały solidnie przepocone w pralce, tak jak je wsadziłem. Kanalie wystarczyło, żeby wlały trochę proszku w płynie i nastawiły się na mój ulubiony program w pralce, czyli "super krótki", a potem się rozwiesiły. Ale nie. Wszystko człowiek musi sam robić. Trzeba było mi zatem poczekać, aż wszystko odzyska swój zapach i kolor i wyschnie. To pozwoliło mi zrezygnować ze wspólnego wyjazdu z ekipą i trochę jeszcze odespać ostatni tydzień. Wyjechałem dość późno i wiedziałem, że będę wracał o zmroku. Deptałem jak panienka, bo prikaz był jechać cały trening w przedziale w którym Twój organizm korzysta tylko i wyłącznie z przemian tlenowych. Na kilku podjazdach zrobiłem sobie jednak wolne od tej reguły, bo zakręcił bym się w miejscu na amen. Kiedy już miałem wracać postanowiłem wybrać trasę alternatywną i trafiłem w miejsce z którego musiałem jechać w przeciwną stronę niż zamierzałem. Dwie naczelne zasady: facet nie pyta się o drogę i nigdy się nie cofa. Tak wylądowałem w Puszczykowie. Wiedziałem jak wrócić na mój pierwotny szlak, ale z 3 godzinnym treningiem zdołałem się już pożegnać. Noc nastała w połowie powrotu. Dobra wiadomość była taka, że nie musiałem już jechać po ulicy bez świateł. Zła była taka, że musiałem jeszcze przejechać przez bagna, bo nie miałem już ochoty na kolejne trasy alternatywne. Doczłapałem się do domu po 4 godzinach orki. Dobra koniec tego pisania. Pora na 2 obiad. Zasłużyłem sobie.
15 km spokojnie - średnio po 5:35. Ciężko jest tak wytrzymać, kiedy nogi same się wyrywają, ale długie wybiegania to nie zabawa - przesadzisz z tempem to pod koniec będziesz stawiać nogi jak popadnie i łatwo wtedy zrobić sobie krzywdę. Przyjemne uczucie przyspieszać na ostatnich 500m mając wszystko pod kontrolą.
Basen, rozpływanie na totalnym luzie i seria pięćdziesiątek na pełnym wyciągnięciu z nawrotami koziołkowymi plus 2 setki dość luźno i 200 wyleżenia w płetwach bez rąk. Potem pojechałem kupić choinkę i wróciłem z 4 metrowym drzewem. Muszę się przyznać, że zrobiłem to trochę dla jaj. Co prawda umówiliśmy się, że ma być duża, tyle że tę będziemy musieli chyba zawiesić w poziomie żeby weszła do salonu. Ale to już nie mój problem. Ja miałem tylko kupić i dostarczyć ;)
Piłki. Dużo koordynacji i orientacji i refleksu. Jeśli myślisz, że jesteś mistrzem koordynacji ruchowej to mam dla Ciebie ćwiczenie. Jest banalnie proste. Potrzebujesz tylko 4 piłek. 2 do tenisa i 2 do koszykówki. Stawiasz pół metra przed sobą piłkę do kosza i tenisową (każda na wprost jednej z nóg). W dłonie bierzesz pozostałe piłki, odwrotnie do ułożenia piłek przed tobą. Teraz wyciągasz jedną nogę przed siebie i opierasz spód swojej stopy o jedną z piłek. Następnie zaczynasz podskakiwać zmieniając dotykającą nogę (każda noga dotyka swojej piłki). Ruch powinien być płynny - to znaczy dotknięcie powinno trwać tyko ułamek sekundy, a piłki powinny pozostawać w miejscu. Samo dotykanie piłek, tak aby pozostały po zdjęciu stopy na miejscu jest dość trudne. Nie ułatwia tego fakt, że każda ze stóp ma do czynienia z piłką diametralnie innego rozmiaru, przez co móżdżek zaczyna pracować na wysokich obrotach. Jednak prawdziwa zabawa zaczyna się, gdy wykonując taki step dołączysz kozłowanie po bokach dwóch różnych wielkościowo piłek. To jedno z ćwiczeń używanych przy szkoleniu pilotów myśliwców. Tak samo jak ta prosta GRA
18:55. Ktoś dzwoni. Odbieram. Jak możesz, to wpadnij godzinę wcześniej na basen. Ty to potrafisz namówić.
1,5 godziny później, czyli pewnie coś koło 2 km jestem dobrze rozmoczony i z uśmiechem na ustach mogę jechać coś zjeść i wyspać się choć trochę.
Żelbeton w łydach trochę odpuścił. Spóźnienie na rower mnie nie uratowało. Ostry trening w terenie, węzły żeglarskie i wąchanie soxów. Skrócona rozgrzewka. Pół godziny podjazdu non stop. 8 minut mocno, tuż pod progiem, po czym 2 minuty ostrej orki na stojąco na jeszcze większym obciążeniu w strefie beztlenowej i tak 3 razy. Potem parę minut spokoju i... jakże by inaczej - kadencja 120 na obciążeniu nad progiem przez 4 niezapomniane minuty. Wszystko w trzech cudownych seriach. Zapis treningu
Spóźnienie na pływalnie. Dramat ze wstawianiem po wyjeździe. Wyznaczona kara - 100% techniki. Może wyjdzie na dobre, bo skupiłem się na rękach i płynności ruchu. Koniecznie muszę załatwić sobie przeprost w stawie skokowym. Tylko jak? Nigdzie nie mogę znaleźć ćwiczeń rozciągających staw skokowy.
Wieczorem kontynuacja - ubijanie kolan na pozbruku i asfalcie. 7km prawie w przedziale tlenowym nad Maltą. Po treningu betonowe łydy.
20 km na biegówkach w Jakuszycach. Super dzień. Najlepsza nazwa trasy: "Bez łaski".
Rest day. Notabene strasznie męczący.
Czasem myślę sobie, że jestem trochę nienormalny. 9:15, a ja jestem już po basenie i bieganiu. Na basenie troszkę techniki, a potem ileś tam x 200 w płetwach kraulem i skończył się czas. W lesie było 2 kilo rozgrzewki mającej przekonać mnie o celowości ruszania kończynami. Udało się, ale nie był to proces łatwy. Potem już tylko 8km po 4:56 i mogłem spokojnie iść pod 3 prysznic.
Piłki. Jak zwykle plaża, klapeczki wygodne dmuchane siedziska, fajne dziewczyny i tym podobne. Trochę wysiłku i dużo zabawy.
Tempówki 4x1200m. Spokojnie, po 4:20. Tym razem trzymałem smycz mocno i nie pozwalałem sobie na szaleństwa. Skupiłem się za to na technice biegu. Zaczynam się już przyzwyczajać do nowego stylu. Kolana są nim zachwycone.
Katorga miała się jednak dopiero zacząć. Basen okazał się wyjątkowo wymagający. Na dzień dobry dostaliśmy 100m na samych nogach. Z moją ruchomością stawu skokowego oznaczało to wyrok. Potem jakieś 400m stylu zmiennego i o ile w płetwach to się da popłynąć, to pierwsze 200m połączone z wariacjami dokładankowymi i deskowymi bez płetw były wyzwaniem. Mój delfin w płetwach to nieporozumienie. Bez płetw to walka o życie. Potem było już tylko zabawniej - kraul w parach z trzymaniem się za rękę i pływanie z mydłem na czole. Po treningu miałem problemy z trafieniem w łóżko.
Pierwszy dzień nowego treningu. Właśnie zaczęliśmy podstawę. Dzisiaj rower. 1,5 godziny ale już z podjazdami. Nie było tak źle. Zaczyna się wychodzenie w strefę beztlenową. Kolano wytrzymało, ale przy kadencji w okolicy 120 zacząłem się zastanawiać, czy nie będzie z nim problemu. Kadencja 120 obrotów na minutę, to kolejna po delfinie rzecz, którą można straszyć dzieci:
- Alcest wracaj do stołu i dokończ zupę!
- Ale tato, ona jest niedobra.
- Cholerny smarkacz. Masz zjeść zupę do końca! Inaczej kadencja 120!
- Tato, błagam nie! Zjem cały garnek, tylko nie kadencja 120.
Zapis treningu
Jest! 1300 z techniką w 45 minut. Wreszcie nie zaspałem i się wyrobiłem. Goście z Olimpii śmigają szybciej z dużymi łapami niż ja w małych płetwach. Szacun. Tyle, że oni ćwiczą do sprintu, a tam najważniejsze to wyjść z wody w pierwszej grupie. Tam drafting jest dozwolony, a jak wiadomo jazda na kole jest dużo łatwiejsza. Pewnie dlatego mają 10 godzin pływania tygodniowo. Zgroza i rozmoczenie. Na Olimpii jest tyle chloru w wodzie, że można w niej preparować okazy biologiczne.
Leniwa niedziela. Poranny, niedzielny basen jak zwykle na luzie i bardzo techniczny. Basen opustoszały i nie ma takiego wyścigu szczurów. Można się spokojnie skupić na własnych ruchach. Dzisiaj po raz pierwszy trenowaliśmy kraula z zaciśniętymi pięściami. Czytałem o tym wcześniej i faktycznie, kiedy już możesz używać otwartych dłoni czujesz się jakby były wielkości łopat. Bieganie odpuściłem, klasykiem też prawie nie pływałem, żeby nie przeciążać kolana. Wreszcie sprawiłem sobie płetwy basenowe. Są turkusowe. Tata twierdzi, że ten kolor, to nic strasznego. Daltonizm ma jednak swoje uroki. Połowa moich treningów w wodzie jest na Olimpii, a tam nie ma możliwości wypożyczenia sprzętu ery kosmicznej, jakimi są gumowe płetwy.
To nie był dobry dzień. Najpierw parkingówka przy sklepie z zaklinowaną nogą. Potem poślizg na liściach przy szybkim zjeździe. Gdybym nie odzyskał przyczepności drzewo urwałoby mi głowę. Później prawie czołówka z innym bikerem i na deser walnęło mi lewe kolano. 53 km w niecałe 3 godziny 145-160 bpm. Mam nadzieję, że z tą nogą to nic poważnego.
Zapamiętać - basen na 6:30, to basen na 6:30, a nie na 6:40. Gdyby nie moje skłonności do drzemki z uśpionym alarmem przy głowie zrobiłbym całe 1200, a tak 50m rozpływania poszło się grzmocić. Dobrze, że całe 8x100 udało się wykonać. Przekombinowałem coś z nawrotem koziołkowym. Było już dobrze, a teraz zacząłem lądować z jedną nogą na ścianie. Może za szybko się otwieram. Będę musiał poeksperymentować. To wszystko na dziś dzieci. Jutro zamienię się w szalonego cyklistę. Tylko gdzie tu jechać??? Coś się wymyśli.
Wzburzone fale smaganej wiatrem Rusałki tłukły wściekle o brzeg. Ponura toń kotłowała się wlewając niemal na ścieżkę. Podmuchy zimnego wiatru wyrywały płaty żółtej piany i rozsmarowywały ją na utwardzonym trakcie. Posępnego klimatu dopełniały sine chmury. Co chwilę powietrze przecinały wielkie krople. Zupełnie jakby niebo nie mogło się jeszcze zdecydować na bombardowanie tonami niesionej wody.
Biegł. Przystanął na chwilę, by przyjrzeć się widowisku. Podmuch zachodniego wiatru uderzył go w twarz. Zachodni wiatr był dobry. Świeże powietrze znad lasów i pól wdzierało się do miasta. Nabrał go w płuca. Wielka kropla trafiła go prosto w oko. Oho - skwitował wycierając ją i tak mokrą już od kropli na lakierze samochodu rękawiczką - pięknie się zaczyna. Odwrócił się, sapnął na myśl o czekających go jeszcze atrakcjach i pobiegł dalej. Po pięciu kilometrach zatrzymał się nagle, przez chwilę grzebał coś przy nadgarstku, po czym zmęczony ale zadowolony zniknął w betonowym tunelu.
Wieczorny trening równowagi i koordynacji był nieco inny. Najlepszy był spacer po brzuchach ludzi stojących w podporze tyłem. Widok 80-kilogramowego gościa przechodzącego po brzuchu filigranowej dziewczyny robiącej mostek robi wrażenie. Nie było krzesełka pod ścianą na koniec. Poznaliśmy za to całkiem nowy wymiar bólu - stanie w podporze na jednej ręce. Pyszne.
Laba. Tylko wieczorny basen. 1200 m zrobione głównie w płetwach. Technika, pływanie w nogach i mój ulubiony delfin. Styl wymyślony do zatapiania ludzi. Stworzony przez najwybitniejszych ekspertów z katedry sadyzmu i podtapiania. Aż dziw, że będąc dzieckiem nikt nie straszył mnie, że jak nie zjem obiadu, to będę musiał zrobić setkę delfinem. Myślę, że moja waga mogłaby teraz oscylować w okolicach 140 kilogramów.
Chyba zaczynam się robić sentymentalny. Pierwsze tempówki 8x400m odbyły się w pięknej scenerii. Nisko świecące, poranne słońce rzucające cienie na skrzący się, mokry od nocnego deszczu tartan. Według testu biegowego powinienem to zrobić po 3:55 min/km. Chciałem to zrobić luźniej - po 4:05 min/km, a wyszło jak zwykle, czyli 3:50 min/km, a czasem jeszcze szybciej.
Wieczorny trening rowerowy całkiem przyjemny poza podjazdami na stojąco na wysokiej kadencji. Zdaje się, że robię coś nie tak. Na niskiej kadencji jestem w stanie jechać z trzykrotnie większym obciążeniem niż na siedząco i się nie męczyć. W momencie kiedy musimy utrzymać większą kadencję na stojąco obciążenie zmniejszam do minimum dla podjazdu, a i tak puls strzela w kosmos i pot zalewa oczy. Jedyny plus, że dupsko już mniej boli ;) Zapis treningu
Poranny basen. Trening legł w gruzach. Musiałem czekać na spóźnialskich przedstawicieli fauny rejonów arktycznych. Z 1300 metrów do przepłynięcia zostało ledwie 750. Na wieczornych obwodach siłowych Artur wpadł na genialny pomysł. zaczął nas dopingować Robertowo Burneikowo. Przy pierwszym okrzyku straszliwa śmierć zawodnika przygniecionego sztangą w pozycji kucznej była blisko. Sam prawie skręciłem nadgarstek spadając z piłki przy robieniu pompek. Nie ma lipy.
Rower mnie dobił. Znów słabo się wstawało na poranny basen. Jadąc byłem święcie przekonany, że utonę w połowie pierwszych 25 metrów. Na szczęście całą godzinę robiliśmy technikę. Potem zakładka biegowa. Jak zwykle były jaja, tym większe, że cała instruktorka się nam pochorowała. Wstępnie umówiliśmy się na półmaraton w Pradze na wiosnę. Niby Poznań w tym samym czasie, ale jednak oferta izotoników chmielowych szersza u Husytów.
Rower po generalnym remoncie. Trzy dni stał w kącie. Niestety przednia dętka nie wytrzymała stresu. Odeszła po cichu. Dobrze, że sklep rowerowy był otwarty, bo inaczej trening robiłbym na monocyklu. Piękny dzień. 3 godziny w siodle. Praca serca 155-170 i kadencja 90-120. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie stan nawierzchni naszych polskich dróg. Obolałe nadgarstki i poczucie, że wibracje zaraz oddzielą mięso od kości. Na szybszych zjazdach trzęsło tak bardzo, że zapewne modliłbym się, żeby mi się w tamtej chwili rower nie rozpadł na kawałki. Ciężko jednak skupić się na modlitwie, kiedy siodełko obija ci jajca.
Poranny basen. 6 rano. budzik. Po 4 godzinach snu. To jakiś żart. Jednak nie. Ruszam schaba. Chłopaki z Olimpii komentują, że 500 miejsc na mistrzostwa polski w triathlonie skończyło się w 15 dni.
Niestety plan nie został zrealizowany. Przewiosłowałem tylko kilometr, a miało być 1300. Kajfasz mówi, że i tak powinienem się cieszyć, bo do niedawna kraulem pływałem szybciej do tyłu niż do przodu. Teraz jeszcze trzeba iść pobiegać. Miały być tempówki, ale po ciemku jakoś nie mam na nie ochoty po ostatnim lekkim skręceniu nogi.
Bieganie poszło gładko - spokojne 8km na progu beztlenowym z rozbieganiem. Na dzisiaj koniec.
Od kilku lat nosiłem się z zamiarem zrobienia sobie prezentu na 30 urodziny. Ten prezent to 3,8 km wpław, 190 km na rowerze i 42,185 km biegiem.
Mój trening triathlonowy zaczyna się wczesnym listopadem 2011. Nie oznacza to, że nie miałem wcześniej styczności ze sportami wytrzymałościowymi.
Mój dotychczasowy dorobek to 4 maratony (Personal Best 3h 27min), 2 półmaratony (PB 1h 36min), oraz kilka 10km (PB 41min 54 sek) oraz rok nauki kraula z Elą Krakowiak. Rower widziałem 4 lata temu w piwnicy :)
Sam pomysł dziennika treningowego dochodzi do skutku dopiero po miesiącu treningu. Jedynymi zapisami z tego okresu pozostaje dokumentacja wtorkowych zmagań w Red Fitness:
trening rowerowy 8 listopada
trening rowerowy 22 listopada
trening rowerowy 29 listopada